Zmrok - Michael Clifford FF

Zmrok - Michael Clifford FF

piątek, 1 maja 2015

Rozdział 5

- Powinnaś zamieszkać gdzieś indziej i to w trybie natychmiastowym - zdecydowanym tonem oznajmiła Santana. Siedziałyśmy w kuchni mojej ciotki, popijając zieloną herbatę. W naszych głowach wciąż tkwił obraz wydarzeń sprzed godziny. Wiedziałyśmy tylko tyle, ile usłyszałyśmy. Adrenalina nieco opadła, ale ja nadal czułam się źle, bałam się o swoje życie jak nigdy. Ktoś chciał mnie zabić i do tego znał wszystkie moje dane. Przede wszystkim jedna rzecz mnie w tym wszystkim niepokoi, nie wiem dlaczego ktoś miałby zrobić tak okropną rzecz wobec mnie. Od godziny próbowałam przeszukać cały mój mózg w poszukiwaniu chociaż najmniejszej wskazówki, która mogłaby mi pomóc w odnalezieniu prawdy. Starałam przypomnieć sobie wszystkie ważne wydarzenia, które mogły przyczynić się do powstania mojego wroga. Może zrobiłam coś w dzieciństwie? Może zabrałam zabawkę, któremuś z moich podwórkowych przyjaciół? Albo zepsułam  komuś babkę z piasku? Nie, to trochę błahy powód, przynajmniej jak na planowanie zabójstwa. Poszukajmy gdzieś indziej. Może w szkole? Popchnęłam kogoś przy grze w piłkę? Zbiłam kogoś w zbijaku? No, nie. Nie mam dobrych pomysłów na to jak mogłam kogoś tak mocno krzywdzić, że ten chcę się na mnie zemścić. Pogrążyłam się w głębokim zamyśleniu. Doszłam do wniosku, że moja przyjaciółka ma rację, po tym co usłyszałam, nie mogłam zostać w domu mojej ciotki ani chwili dłużej, ale nie miałam też innego miejsca, gdzie mogłam się podziać. Policja przeszukiwała całe moje poprzednie mieszkanie w związku z zabójstwem Abigail, a i tak jest na nie kupiec, który może wprowadzić się w każdej chwili, ponieważ ja nie mogę ani chwili wytrzymać tam ze świadomością, ze jedna z zamieszkałych tam osób nie żyje. Przeprowadziłyśmy się tam kilka miesięcy temu, na początku twierdziłam, że to nie jest wspaniały pomysł, brakowało mi pieniędzy, ale ciotka nalegała, że przyda mi się trochę samodzielności. Ostatecznie przekonali mnie rodzice Abi, mówiąc, że to oni będą opłacać czynsz oraz rachunki i nie mam się czym przejmować, bo i tak oni będą za nie płacić, ale boją się zostawiać swoją jedyną córkę samą. Są strasznie bogaci, pamiętam, że kiedy Abi i ja miałyśmy po kilka lat, ona zostawała w domu sama z opiekunką albo kimś z rodziny na całe tygodnie, a oni jeździli po całym świecie w sprawach służbowych. Nigdy nie dowiedziałam się kim naprawdę są, zawsze wszyscy wymijali ten temat. Widać teraz też są zajęci. Kiedy ostatni raz ich widziałam, pojawili się w mieście tylko na dwie godziny, aby móc uczestniczyć w pogrzebie córki. Pamiętam, że próbowali utrzymać kamienny wyraz twarzy, nawet prawie im się to udało, jednak jak widać oni nie mają zamiast serc kamieni, najwyżej lód, który czasem może się roztopić, dlatego w połowie uroczystości z ich oczu wyleciały pojedyncze łzy, ale po pogrzebie znowu ich twarze zamieniły się w posągi bez cienia uczuć. Przyjmowali kondolencje nie roniąc przy tym żadnej łzy, nie miałam ochoty nawet do nich podejść, przed pogrzebem usłyszałam jak rozmawiają z moją ciotką, winiąc mnie o śmierć ich jedynego dziecka, twierdzili, że to ja powinnam umrzeć, nikt by wtedy nie cierpiał, bo nie mam rodziców. Te słowa bardzo mnie zabolały i mam nadzieję, że już nigdy nie spotkam się z tymi okropnymi ludźmi. Na samą myśl o nich jest mi niedobrze.
- Nie mam gdzie się podziać, mieszkanie przeszukują policjanci - westchnęłam mieszając herbatę, która pewnie już dawno wystygła.
- Coś znajdziemy - Santana nagle wstała od stołu i wyszła z pomieszczenia, przechyliłam się próbując śledzić jej kolejne kroki. W końcu po minucie jednak ponownie pojawiła się w zasięgu mojego wzroku z jej prywatnym laptopem z rękach. Zauważyłam, że zaczęła już coś wpisywać, zanim z powrotem zajęła swoje poprzednie miejsce obok mnie. Wzięłam łyk herbaty, która ogrzała nieco moje gardło, zanim dowiedziałam się od niej, że postanowiła poszperać w internecie, aby znaleźć coś odpowiedniego dla mnie. Suntown nie jest małym miasteczkiem, ale jakoś nie miałam promyczka nadziei, bo na dobrą sprawę nic nie słyszałam, że ktoś chce się pozbyć swojego lokum. Jednak patrząc na zaangażowanie mojej przyjaciółki, postanowiłam dać jej szansę i zaufać jej w tej sprawie. Szanse może nie są jakieś wielkie, ale zawsze może zdarzyć się cud, na który ja z niecierpliwością czekam.
W pokoju zrobiło się strasznie cicho, żadna z nas nie odezwała się do siebie nawzajem. Zachowywałyśmy ciszę, Santana była pogrążona w znalezieniu dla mnie czegoś odpowiedniego, a ja uporczywie ściskałam swój kubek z herbatą, od czasu do czasu biorąc łyka napoju do ust. Skupiłam się na swoich myślach. Co by było gdyby Abigail żyła? Pewnie siedziałybyśmy w naszym mieszkaniu przy kolejnym odcinku Pamiętników Wampirów albo odwiedzałybyśmy wszystkie sklepy w miejskim centrum handlowym. Lekko się uśmiechnęłam na wspomnienie mojej przyjaciółki, teraz było mi o wiele łatwiej o niej myśleć, czas leczył rany, jednak ciągle nie mogłam się z tym pogodzić. Dlaczego niewinna osoba musiała zginąć? Od czasu pogrzebu nie widywałam się z ciotką zbyt często, można powiedzieć, że wręcz wcale. Nie jestem na nią za to zła, wiem, że ma dużo spraw na głowie, wzięła na siebie sprawę śmierci Abigail, specjalnie dla mnie, żebym się nie martwiła, że jakaś obca osoba szybko odpuści sobie sprawę i uzna to za samobójstwo, do tego ma teraz pilny wyjazd służbowy do Nowego Yorku. Właściwie to już jakiś czas temu, ale nie rozmawiałam z nią do tej pory, nie chcę przeszkadzać jej w pracy. Zanim wyjechała nie chciała zostawić mnie samej, mimo miliona moich zapewnień, że jestem już duża i na pewno sobie poradzę, dlatego sprowadziła na jakiś czas Santanę. Cieszę się, że nie muszę siedzieć sama, przynajmniej mam zajęcie i nie martwię się ciągle co u ciotki. Nie mówiła co takiego się stało, to była nagła decyzja, po prostu pewnego dnia przyszła z pracy i oznajmiła mi, że musi szybko wybrać się do Nowego Yorku. Nie jestem na nią zła albo obrażona, wiem, że to jej praca, którą musi wykonać, aby zarobić na nas pieniądze. Od dwóch lat nie naciskałam na nią prosząc o pieniądze, poza tym mieszkałam u Abigail za pieniądze jej rodziców, co zapewniało mi w pakiecie jedzenie i opłacanie wszystkich rachunków, a teraz ciotka musi zarabiać na nas dwie. Wiem, że przez ten czas dużo oszczędzała, ale ja nie chciałabym teraz z tego korzystać, nie lubię naciągać ludzi. 
- Zbieraj się, wychodzimy - moje rozmyślania przerwała Santana. Nie chciałam się jej narażać jakimś głupim pytaniem, więc pośpiesznie zabrałam kurtkę z wieszaka w korytarzu. Była wczesna wiosna, dlatego nosiłam coś więcej niż tylko cienki sweterek. Czekam tylko, aż zacznie się lato, bo wtedy wszystko wydaje się piękniejsze, zielone liście, upalne słońce, uśmiechnięci ludzie.
- Mogę chociaż wiedzieć, gdzie idziemy? - zapytałam czekając już na windę.
- To niespodzianka - zauważyłam na jej twarzy ten dumny uśmieszek na wyjątkowe okazje.
Dość długo jechałyśmy jej samochodem. Próbowałam skupić się na muzyce puszczonej w radiu, ale rozpraszały mnie widoki za szybą. Minęłyśmy park, w którym byłam kilka dni wcześniej, plac główny i skręciłyśmy w prawo. Dojechałyśmy na piękne blokowisko. Było bardzo zadbane i od razu widać było, że mieszkańcy nie należeli do najbiedniejszych. Santi stanęła na jednym z parkingowych miejsc, co bardzo mnie zdziwiło, myślałam, że tylko tędy przejeżdżamy. Chciałam zapytać co my tu robimy, ale moja przyjaciółka to wyczuła i szybko mi to uniemożliwiła.
- Zanim zadasz to jedno z twoich głupich pytań, wysłuchaj mnie. Nie, wcale nie oszalałam. Nie, nie jestem głupia. Tak, tu będziesz mieszkać - wzięła krótką przerwę na oddech i kiwnęła na mnie - Chodź.


Wysiadłyśmy z samochodu i natychmiast udałyśmy się do mieszkania wyszukanego przez  San. Czułam się trochę dziwnie będąc w środku jakiegoś wyrafinowanego bloku. Zwykle jazda windą powoduje u mnie mdłości, ale jak widać tym razem było inaczej, muszę przyznać, że jechało się dość przyjemne. Mieszkanie znajdowało się na siódmym piętrze, więc jechałyśmy tam trochę dłużej. Korytarz ciągnął się daleko przed nami, ale mieszkanie numer 123, w którym miałam zamieszkać, mieściło się się tylko 7 metrów od drzwi windy. Santi jak zwykle popędziła przodem, jej ekscytację można było wyczuć na kilometr, zaśmiałam się cicho pod nosem, widząc dziecinne zachowanie mojej przyjaciółki. Kiedy zapukała do drewnianych, ciemnych drzwi, na których wisiały inicjały 'M.C.', zdążyłam już do niej dołączyć, lekko zamyślając się nad swoim życiem. Tak, wiem, robię to cały czas, ale często mi to pomaga, mogę w głowie układać sobie scenariusze wydarzeń czekających na mnie rzeczy. Nagle do moich uszów dotarł jakiś nieznajomy mi dziewczęcy głos.
- Och, to wy! Miło mi, czekałam na Was! - brunetka uśmiechnęła się do nas szeroko - Jestem Marilyn. Chodźcie pokaże wam mieszkanie.

Widząc tak ładne meble, aż cicho zapiszczałam, próbując zakryć usta ręką, aby całkowicie zagłuszyć dźwięk wydany przeze mnie. Całe mieszkanie utrzymane było w stylu dawnych lat, meble wyglądały jakby były stare, ale jednak pachniały świeżością, na żadnym z nich nie można było zauważyć ani jednego pyłku kurzu. Idealnie zadbane. Nowoczesne sprzęty jakie mogłam sobie tylko wyobrazić, że mam w posiadaniu, zdobiły salon, łazienkę i kuchnię, były na wyciągniecie ręki. Mój pokój wyglądał olśniewająco, ściany były pomalowane na różne odcienie jasnego beżu, dwuosobowe łóżko było ustawione na środku pokoju, a wokół niego znajdowały się różnego rodzaju szafki, lusterka i półki.
- Możesz urządzić jak chcesz, ale myślę, że powinno ci się spodobać tak jak teraz - Marilyn uśmiechnęła się do mnie promiennie.
- Wszystko jest tu idealne, ale nie wiem czy będzie mnie na to stać - no, właśnie, zapomniałam, że jestem całkowicie spłukana.
- Zupełnie nic, za tydzień muszę wyjechać na kilka dni, a ktoś musi się tym zająć - słowa brunetki bardzo mnie zdziwiły. kto normalny oddaje swoje własne ekskluzywne mieszkanie na czas wyjazdu? Może mam wielkie szczęście? Może to jednak ten cud...

***


Wyjęłam klucze z torebki i nerwowo próbowałam włożyć je do zamka, aby móc otworzyć te cholerne drzwi i dostać się do środka. Wydawało mi się, że ktoś uporczywie mnie śledzi, od czasu kiedy rozstałam się w parku z San, ponieważ chciałam się przejść w samotności i trochę przewietrzyć, a ona musiała coś załatwić, więc teraz nie wróci tak szybko. Ciotka nadal jest w Nowym Yorku, dlatego muszę sama tu siedzieć, ale wolę to niż szybką śmierć na klatce schodowej pod drzwiami mieszkania mojej własnej ciotki. Po kilkunastu próbach wreszcie udało mi się przekręcić klucze w zamku i szczęśliwie dostać się do środka. Szybko zamknęłam drzwi od środka i oparłam się o nie, opadając na kolana. Oddychałam szybko, a przed oczami nadal miałam obrazy mojej szybkiej śmierci, która mogła przed chwilą nastąpić. W duchu dziękowałam Bogu, że zdążyłam otworzyć zatrzask na czas, bo gdyby nie to mogłabym umrzeć chociażby ze strachu. Usłyszałam głośne kroki na schodach.
- O Boże - wyszeptałam automatycznie.
Moje kości zastygły i nie mogłam się ruszyć spod drewnianych drzwi. Gdy wreszcie mi się to udało usłyszałam głośnie stukanie o drzwi. Ktoś próbował się dostać do mieszkania. Nie zastanawiając się, popędziłam w stronę mojego pokoju, ciągle odwracając się by spojrzeć na drzwi. Pędziłam przez korytarz ile sił w nogach, aż wreszcie przez przypadek potknęłam się o jakiś twardy przedmiot i próbując nie upaść, zbiłam ulubiony wazon ciotki. Przeklinałam siebie w duchu za moją nieuwagę. Spojrzałam w dół i zobaczyłam porozrzucane rzeczy prosto z mojego pokoju, a u moich stóp znalazłam podartą książkę. Szybko dostałam się do środka mojego tymczasowego lokum, nadal słysząc głośnie dobijanie do drzwi. W pokoju nic nie było na swoim miejscu. Na półkach z książkami nie stała żadna z nich wszystkie były porozrzucane po wszystkich kątach. W szafach ubrania były wymieszane ze sobą, pogniecione. Jedyne co zostało nienaruszone to łóżko, które zostało nawet pościelone, czego nigdy nie miałam w zwyczaju robić.

Usłyszałam jeden mocny huk, a potem cisza.

Odwróciłam się natychmiast w stronę wyjścia, przez otwarte drzwi od mojej sypialni, zauważyłam, że główne drzwi są na swoim miejscu i nie zostały naruszone. Jeszcze raz spojrzałam na łóżko, ale teraz skupiona zobaczyłam coś jeszcze.

Czerwona róża.
Podeszłam bliżej i usiadłam na śnieżnobiałej pościeli, wzięłam różę do ręki i zauważyłam małą karteczkę zaczepiona na łodydze kwiata.

"Chyba o niej zapomniałaś, kochanie?"

Głośny dźwięk dzwoniącego telefonu.



____________________________________________
A więc zebrałam się w sobie i powracam, długo pisałam ten rozdział, bo chciałam, żeby był idealny, ale i tak mu do tego brakuje.

'Zmrok' wreszcie doczekał się swojego zwiastunu!
Mam nadzieję, że Wam się podoba i dziękuję kochanej @niallervxs za wykonanie tego dzieła!
 
 

 Kolejny rozdział powinien pojawić się w przeciągu dwóch tygodni!

Jeśli Wam się podoba skomentujcie, dajcie linka znajomym, piszcie na tt #zmrok 
Miłego weekendu x


  

wtorek, 7 kwietnia 2015

Rozdział 4

Chłopak spłoszył się i nic nie mówiąc odwrócił się na pięcie, odchodząc w głąb jakieś małej, ciemnej uliczki. Wydawał się na bardziej rozmownego, myślałam, że chociaż powie nam o swojej tożsamości, na przykład, że chce naszej śmierci czy coś w tym stylu. Byłoby nawet zabawnie. Uśmiechnęłam się pod nosem, ale musiałam wyrwać się z moich wyobrażeń, bo jak widać Santanie nie było do śmiechu.
- Kto to był?  - zapytałam przyjaciółkę, licząc na to, że ona wie kto to był, przecież zna tutaj dużo osób. Jednak po jej minie zauważyłam coś innego. Byłam zdziwiona, kogo nie zna Santana? Przecież ona jest tą najpopularniejszą stąd, ale nie było jej tu kilka miesięcy i jednak coś mogło się zmienić, chociaż liczyłam na coś innego. Przecież nie minęło aż tak dużo czasu odkąd wyprowadziła się do Nowego Yorku, przynajmniej tak mi się zdawało.
- Nie wiem, wydaje mi się podejrzany, chodźmy za nim.
Natychmiast chciałam zaprzeczyć, wiedziałam, że to zły pomysł, ale momentalnie zostałam pociągnięta w kierunku, gdzie zniknął tajemniczy nieznajomy. Nie pochwalałam tego pomysłu, ale co miałam zrobić? Postawić się jej? Zacząć krzyczeć, że moja przyjaciółka jest szurnięta? Sanatana jest ciekawa wszystkiego co dzieje się wokół, to osoba nie od powstrzymania, a przynajmniej nie do powstrzymania przeze mnie, ja jestem dla niej za słaba, nie mam tyle siły co ona, ale jakoś nie narzekam na to, przywykłam do tego po tylu latach znajomości. Poszłyśmy za nim, to znaczy Santana poszła, ja zostałam tam pociągnięta. Szłyśmy w ciemnościach przez parę dobrych minut, nie byłam z tego powodu zbytnio zadowolona, boję się szalenie ciemności, ale coś w środku podpowiadało mi, że bardzo chcę odkryć kim jest osoba, która śledziła nas przez prawie cały dzień. Czasami też byłam wszystkiego ciekawa, przecież to nie grzech, prawda? Malutka uliczka skręcała w prawo, gdzie pojawiało się trochę blasku słonecznego, szczerze trochę mi ulżyło. Czyli wyszedł na jakąś ulicę miasta, nie znajdziemy go, całe pół godziny na nic. Z jednej strony się cieszyłam, że nie igram ze śmiercią, ale z drugiej strony straciłam szansę na ciekawą przygodę. Westchnęłam jedynie. Udałyśmy się w kierunku wyjścia, kiedy usłyszałyśmy cichy szelest. Niby to nic takiego, ale zamarłyśmy na chwilę, nigdy wcześniej tak bardzo się nie bałam jak teraz. Natychmiastowo, jak na jakiś znak od Boga, w mojej głowie zaczęły pojawiać się wszystkie sceny z tuch wszystkich filmów kryminalnych, które przez lata oglądałyśmy z Santaną i Abi w jej domu. Zawsze tam ktoś giną, kiedy trafił do ciemnej uliczki, kiedy o tym pomyślałam, zaczęłam zastanawiać się jak wyglądała śmierć Abigail. Może to była szybka śmierć, może umierała powoli w męczarniach, może została napadnięta przez nożownika, może potrącona przez samochód. Zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę nie wiem co się z nią sało, ciotka mi tego nie wyznała. Przeszedł mnie dreszcz, na myśl o moim nowym pomyśle, może ktoś zamordował ją w małej, ciemnej uliczce. Ktoś teraz mógł nas zabić jak Abigail. Moje ciało natychmiast było gotowe do ucieczki, ale chyba lepiej było tymczasowo jadynie się ukryć. Rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu jakiejś potencjalnej kryjówki. Było pusto, został tylko duży kosz na śmieci, ale nie miałam zamiaru wchodzić między sterty cuchnących śmieci. Nigdy w życiu. Kroki były coraz głośniejsze, a z rozmów mogłam już wychwycić pojedyncze słowa. Usłyszałam nawet jedno zdanie wypowiedziane przez nieznajomych, no prawie całe 'Lexie', cisza, 'zginąć'. Domyśliłam się, że brakuje tam jednego słowa 'musi'. Zaraz, zaraz, kto? Lexie? Momentalnie przez moje ciało przeleciało milion dreszczy. Cały czas wmawiałam sobie, że to nie o mnie chodzi, ale w głębi jednak czułam coś innego. Od rana czułam przez skórę, że coś złego się dziś wydarzy. No patrzcie, zgadłam! Muszę chyba wziąć udział w jakiej loterii albo konkursie. Czyli miałam zginąć? Nie wiedziałam tylko po co to wszystko. Zaczęłam się zastanawiać co ja takiego zrobiłam, że muszę zostać zlikwidowana, że muszę zginąć. Byłam zwyczajną nastolatką, jeszcze niedawno, kiedy byłam młodsza chodziłam do szkoły jak normalna osoba, miałam przyjaciółki, nigdy nie miałam wrogów. Nie chciałam zrobić nikomu żadnej krzywdy i nie wchodziłam nikomu w drogę, innych trzymałam na dystans. Świat zaczął wirować wokół mnie, kolory zamazały się tworząc jednolitą plamę przed moimi oczami. Cała się trzęsłam, ale musiałam się pozbierać w sobie, jeśli mam zginąć to muszę wiedzieć dlaczego. Musiałam się schować, spojrzałam na przyjaciółkę, nawet nie zauważyłam kiedy zdąrzyła odsunąć się ode mnie na kilka metrów, widocznie wcześniej wpadła na pomysł, że warto się ukryć. Jednak kiedy się przyjrzałam zauważyłam, że jest cała zesztywniała, pewnie myśli o tym ja. Kiedy wreszcie udało mi się nawiązać z nią kontakt wzrokowy, wskazałam kiwnięciem głową na kosz, który stał bliżej niż wcześniej mi się wydawało. Wzięłam głęboki wdech. Moja głowa pękała z bólu. 
Dasz radę, powtarzałam sobie w duchu, aby chociaż trochę siebie uspokoić. Postawiłam pierwszy krok pozostając w cieniu, i kolejny.

- Przyjacielu, przecież wiesz, że to niemożliwe - przy jednym z tylnych drzwi wysokich budynków, zobaczyłam dwóch mężczyzn, to ich rozmowę wcześniej słyszeliśmy, starszy mężczyzna, który to wypowiadał miał strasznie ochrypły głos. Moim zdaniem skończył niedawno dwadzieścia lat, nie mógł mieć mniej, możliwe, że ma nawet około 25 lat. Jedyne co mnie martwiło, było to, że jego wygląd był mi całkowicie nieznany, prawie całkowicie, dzięki rozpiętej bluzce mogłam spostrzeć, że jego czarna koszula napina się na nim, ukazując przy tym lekkie zarysy mięśni. - Spokojnie, znam jej adres. Wszystko będzie dobrze, stary.
Czyli oni wiedzą gdzie mieszkam. Pisnęłam, zakrywając ręką twarz, ale jednak nie udało mi się przygłuszyć niechcianego odgłosu. Nagle czas stanął w miejscu. Modliłam się, abym przez moją nieuwagę nie zwróciła uwagi mężczyzn. Po moich plecach zaczęły spływać kropelki potu, a w kącikach oczu powstawały coraz to nowe łzy. Myślałam, że bałam się wcześniej, jednak to co czułam mogłam dopiero nazwać strachem. 
- Wiesz, że ta ślicznotka wybiera się niedługo do Nowego Jorku? 
Boże, skąd on to wie. Planowałam z Santaną pojechać, sprawdzić co takiego naprawdę dzieje się z moją ciotką, ale my tylko wspomniałyśmy o tym, że może wybierzemy się razem. Nie było to na 100% pewne.
- Czego chcesz? - spytał drugi chłopak, wydawało mi się, że znam jego głos, ale byłam w takim strasznym szoku. Równie dobrze mogłam powiedzieć, że słyszę Santanę w tamtym głosie, ale ona przecież jest koło mnie.
- Dobrze wiesz, ty i twoi gówniani przyjaciele, wiecie dlaczego chciałem tu się spotkać, wiecie, że dla mnie przeszłość ma wagę złota, dlatego
Potknęłam się o kamień, cholera. Zaklęłam po cichu. Natychmiastowo sięgnęłam po rękę mojej przyjaciółki, ciągnąc ją w stronę światła. Biegłam jak najszybciej mogłam, robiąc przy tym niesamowity hałas. Nie obchodziło mnie już to, po prostu chciałam stamtąd uciec.

_______________________________
Przepraszam za długą nieobecność, ale wreszcie powracam. Obecnie mam ferie, więc mam więcej wolnego czasu, a do tego skończyłam pierwszy semestr, więc nie mam już czego poprawiać. Nie chcę zanudzać dodam tylko, że jeżeli będzie zainteresownie kolejnym rozdziałem dodam go w piątek. Liczę na komentarze, proszę, chcę wiedzieć czy zaciekawiłam Was, a może zasmuciłam. Jeśli chcecie możecie pisać też na twitterze, dopisując '#zmrok', wtedy napewno zobaczę.

Do tego pragnę ogłosić, że pojawiły się nowe konta bohaterów:
Ashton - @ashtonzmrok
Luke - @lukezmrok
Konto ff - @zmrokfanfic
Ktoś chętny jeszcze?

niedziela, 9 listopada 2014

Rozdział 3


- Widzisz to? - Santana pomachała mi jakąś kolorową gazetą przed nosem.


- Jeśli będziesz tak machać, to nic nie zauważę - zakpiłam z przyjaciółki.


- Dwie ofiary Mountain Motel. - zaczęła czytać ze złączonych kartek. Trzymała je uporczywie, zaciskając palce. Pod tak mocnym dotykiem, kartki gazety powyginały się na różne strony. 


Mountain to jeden z hoteli w Nowym Yorku, jakie znałam.


- Pożar czy wybuch? Albo zatrucie gazem?  - zapytałam, podając możliwości. Co innego mogło się tam wydarzyć? Nie wpuszczali tam psychopatów łaknącej czyjejś śmierci.


-Gorzej - Santana przez dłuższą chwilę zamilkła, co zaczęło mnie niepokoić - Zabójstwo.




- Co?! - Wyrwałam pospiesznie gazetę z rąk przyjaciółki.


Rzeczywiście Santana mnie nie oszukiwała, to nie był jej złośliwy żart. Szybko pochłaniałam drukowany tekst. Linijka za linijką. Litera za literą. Każde słowo było coraz bardziej niepokojące.




"W minionym tygodniu do mediów trafiła wiadomość, że w Nowym Yorku doszło do wypadku, w którym zginęły dwie osoby. Wczoraj okazało się, że to nie był nieszczęśliwy wypadek. July Eston i John Choff zostali zabici. Okoliczności do tej pory zostały niewyjaśnione. Grupa osób pracuje nad tym.
Czy to kolejne ofiary?
Kto następny?"




- Kolejne? Następny? O co tu chodzi?


- Nie wiem, ale musimy się zastanowić. To za bardzo podejrzane. Czy twoja ciotka nie wyjechała
niedawno do Nowego Yorku?


- Tak, ale to było dwa tygodnie temu - to logiczne, że zajmowała się tą sprawą, ale to, że była tam jeszcze przed zbrodnią... Co robiła przez poprzedni tydzień? Coś tu się nie układa....


- To trochę dziwne. Lexi musimy trochę powęszyć.


***

- Musimy koniecznie tu ta wejść - Santana ruszyła w kierunku wejścia do jednego z jej ulubionych butików. Nie czekała nawet na moją zgodę, wystrzeliła jak strzała, a zanim się zorientowałam, zostałam wyciągnięta do środka budynku.


W środku roiło się od przeróżnych ubrań w jaskrawych kolorach, często kontrastujących ze sobą. Nie powiem, że źle się czułam, lubiłam kupować, pamiętam jak kiedyś chodziłam z mamą na wspólne zakupy, teraz jednak nie miałam pieniędzy na takie przyjemności. Patrzyłam z zazdrością na dziewczyny obładowane ubraniami po pachy, było sobotnie popołudnie, więc roiło się tu od zakupoholiczek, często towarzyszyli im drugie połówki, którzy fundowali takie atrakcje. Poczułam ukłucie w moim sercu, gdybym mogła krzyknęłabym na cały sklep "Też tak chcę", do tego mogłabym tupnąć nogą, dodając tym większego efektu.


Chodziłam między alejkami dotykając niektórych ubrań, wiele było całkiem ładnych, od razu wpadły mi w oko, ale kiedy moja ręka wędrowała do metek, aby sprawdzić cenę, one krzyczały 'nie'.

Kiedy razem z obkupioną San, wyszłyśmy już z kilku sklepów, w oddali zauważyłyśmy jakąś osobę, która bacznie nam się przyglądała. Przyjrzałam się uważniej, stwierdziłam, że to był chłopak. Tak, to musiał być chłopak. Tak, to był definitywnie mężczyzna.

Przeszłyśmy parę metrów. Przyspieszyłyśmy. Nadal czułyśmy na sobie wzroku uporczywego chłopaka, którego serdecznie miałam dosyć. Odwróciłam się jeszcze raz. Był całkiem przystojny, przez chwilę zapatrzyłam się w jego błękitne tęczówki, przypominały mi wody oceanu. Miał na sobie czarny T-shirt, przykryty kraciastą koszulą z elementami w różnych odcieniach czerwieni, luźno zwisającą wzdłuż jego zgrabnej sylwetki. W ręku miał czarny telefon, wydaje mi się, że to jeden z najnowszych modeli, mimo iż był niezwykle wielki, w dłoniach chłopaka zmieściły się również klucze od auta. Santana gwałtownie skręciła w uliczkę, ciągnącą się w prawo. W sumie był całkiem pociągający, można powiedzieć, że spodobał mi się, bo przecież ludzie z mojego otoczenia nie grzeszą urodą. Przyspieszyłam, aby dorównać kroku przyjaciółce, która zdecydowanie za szybko stawiała długie susy. Przechyliłam lekko głowę, aby przyjrzeć się dziewczynie. Na jej twarzy było widać negatywne uczucia, jasno dawała znać otoczeniu, że jest zdenerwowana faktem, że jakiś obcy facet przyglądał nam się przez bite 10 minut, a teraz śledzi nas udając, że robi to całkiem przypadkiem, po prostu idzie w tą samą stronę co my.
Na jej czole pojawiła się jedna zmarszczka, ledwo widoczna, ale była, ręce miała zaciśnięte w pięści, którymi wymachiwała w rytmie odgłosów naszych kroków. Szłyśmy tak do końca jednej uliczki, nie odwracając wzroku w kierunku intruza. Kiedy dotarłyśmy do przecięcia dwóch ulic, jednocześnie, jakby na jakiś znak z niebios odwróciłyśmy głowę, ale nikogo tam nie zauważyłyśmy, żadnej żywej duszy. Usłyszałam głośne westchnienie mojej przyjaciółki, spojrzałam na nią.



- Nareszcie, myślałam, że nigdy się nie odczepi - chciałam przyznać jej prawdę, zbliżał się zmrok, więc byłam wdzięczna Bogu, że tamten koleś sobie odpuścił, przyznam się, miałam niezłego stracha. Chciałam już powiedzieć, jak bardzo jestem szczęśliwa, ale w jednej chwili ujrzałam, że Santana odwróciła się i ruszyła szybkim, zdecydowanym krokiem. Zaraz potem usłyszałam jej donośny krzyk.

- Czy ty od cholery przestaniesz za nami chodzić?
__________________
Przepraszam, że tak długo musieliście czekać, mam nadzieję, że choć trochę zrekompensuje to rozdziałem...
Zapraszam na ff Ghost, przepraszam kochanie, że jeszcze nie doczytałam, ale nadgonię, obiecuję...
Opowiadanie urzekło mnie od początku i gorąco zapraszam również Was!

Powstało konto Ash'a na TT i 'daje każdemu fback' ~ Aszti
Ktoś chętny do innych kont?

Kontakt tutaj:
                                                          TWITTER               ASK 

5 KOMENTARZY = NASTĘPNY

piątek, 3 października 2014

Rozdział 2

- Brakuję mi ciebie - usłyszałam głos w słuchawce.
- Mi ciebie też - odpowiedziałam. Rozmawiałam z Santaną, która wracała właśnie ze swoje nowojorskiej uczelni. Nie widziałyśmy się od miesiąca, tak to już miesiąc odkąd nie ma Abigail, miesiąc temu ją pożegnałam. Mało o tym myślałam, ograniczałam się od minimum. Nie chciałam, aby wspomnienia zbytnio zawracały mi głowy. Trzeba iść dalej, ona by tego chciała. 

Umówiłam się z ciotką, że sprzedam swoje mieszkanie, z początku nie pochwalałam jej pomysłu mówiąc 'Kto je będzie chciał kupić? Będziemy czekały na kupca całe wieki'. Jednak ku mojemu zaskoczeniu, szybko udało się je sprzedać. Było mi trochę smutno, bo to tam najczęściej spotykałam się z Abi, ale lepiej, żebym odcięła się od przeszłości. Posłuchałam ciotki, teraz od dwóch tygodni mieszkam w jej mieszkaniu. Nie widujemy się często, ona zazwyczaj ciężko pracuję nad jakąś pilną sprawą, która jest absolutnie tajna. Próbowałam coś z niej wyciągnąć, ale moje starania poszły na marne. Tak, nie da się jej zmusić do ujawnienia tej tajemnicy. Może to i dobrze, nie chcę więcej problemów na głowie. 
- Muszę lecieć - Sani rzuciła mi tylko na pożegnanie ciche 'pa', a po chwili mogłam usłyszeć już jakieś pretensje nauczycielki. 

Santana bardzo się mną opiekuję, zachowuję się jak moja starsza siostra i podoba mi się to. Co prawda już dawno tak się zachowywała, ale teraz czuję, że nasza więź nieco się wzmocniła, przecież przechodzimy przez to samo.  Problem w tym, że mieszkamy daleko od siebie. Ona studiuje w Nowym Jorku, a ja jestem tu, w rodzinnym mieście. W tym roku nie poszłam na studia z powodu środków finansowych, ciotka nie zarabia kokosów, a ja czasami dorabiam, ale nieduże sumy. Nie mam stałej pracy, raz porozdaję ulotki, raz popracuję tydzień w barze, a kiedy indziej zgłoszę się do sprzątania jakiegoś biura. Koszty utrzymania mieszkania były dzielone na dwa, więc nie było z tym jakiegoś wielkiego problemu, ale na studnia pieniędzy nie mam. Bardzo chciałabym kontynuować naukę, ale teraz to nie możliwe. Poczekam jeszcze ten rok. San przyjedzie na ten weekend, więc może pomoże mi znaleźć jakąś pracę. Z dobrymi chęciami na pewno coś oszczędzę.

Był słoneczny piątek, więc postanowiłam, że posiedzę trochę w parku.
Grzechem byłoby siedzieć w domu i nie wykorzystać tej przyjemnej pogody. Byłam niedaleko, więc czemu by nie? Ruszyłam w stronę pobliskiego parku. Jest praktycznie w centrum i podejrzewam, że będzie tam dużo ludzi.
Nie myliłam się. Po lewej stronie dzieciaki zawzięcie kopały piłkę, po prawej pięciolatki zjeżdżały po kolorowych zjeżdżalniach, bujały się na huśtawkach i budowały zamki z piasku. Na ten widok lekko się uśmiechnęłam,przypomniałam sobie stare czasy, kiedy sama spędzałam tu całe dnie. Chcąc uniknąć tego całego hałasu ruszyłam dalej przed siebie. Postanowiłam usiąść na zielonej ławce ustawionej między drzewami, które wygłuszały krzyki. Do tej części parku nikt nie przychodził, za to ja kochałam to miejsce. Kiedy pokłóciłam się z rodzicami, uciekałam z domu i chowałam się tutaj. Potem zazwyczaj znajdowała mnie tu Abi. Nie chciałam dalej drążyć tematu o śmierci najbliższej przyjaciółki. Postanowiłam trochę poczytać. Wyciągnęłam książkę z mojej torby. Oczywiście zakładka wypadła w którymś momencie, kiedy tu szłam i musiałam od nowa szukać strony od nowa. Zajęło mi to kilka minut, ale się udało. Wpatrzona w litery wodziłam oczami po kolejnych wyrazach, linijka po linijce. Druk stawał się coraz bardziej nieczytelny, każda następna litera rozpływała się jeszcze bardziej, aż w końcu zamknęłam oczy.

Zasnęłam.

*

Nowy Jork, godzina 18:03

Czułem się trochę poddenerwowany, dzisiaj miałem oświadczyć się mojej dziewczynie.
Chodzę z nią od  roku i uważam, że to już ten czas. Umówiłem się z nią w tym hotelu, najlepszy na jaki było mnie stać. Nie są to może luksusy, takie jakich doświadczają biznes-owcy, ale to jest o dużo razy lepszy niż te durne motele porozsiewane po całym świecie. Pogładziłem miękki materiał mojej marynarki stojąc pod wielkim lustrem. Jeden głęboki wdech, jeden głęboki wydech. Przesunąłem ręką w stronę mojej kieszeni, pod opuszkami poczułem coś twardego, był tam, nie zapomniałem go. Wyjąłem go i obróciłem pierścionek w rękach. Był niesamowity. Kosztował mnie trochę, ale nie żałuję, że kupiłem właśnie ten. Prezentuje się pięknie - jak ona. Moja królewna powinna zaraz tu być. Postanowiłem sprawdzić wszystko jeszcze raz, wszystko musi być na swoim miejscu, bez żadnych wyjątków. Poprawiłem delikatnie sztućce, tak aby stały równo, chcę, żeby wszystko było perfekcyjne. Na kolację zamówiłem tutejszy specjał - kurczak balsamico. Ludzie doradzali mi, abym to zamówił, według nich to danie jest przepyszne. Mam nadzieję, że to prawda, bo jak nie to będzie katastrofa. Wino dostarczą zaraz po jej przybyciu, czyli wszystko gotowe. Obejrzałem się za siebie. Tak, wszystko gotowe. Zapadła cisza, tylko ja i moje myśli. Usłyszałem pukanie do drzwi. Podskoczyłem i natychmiast ruszyłem do drzwi. Nareszcie przyszła. Dotknęłam klamki, a chwilę potem drzwi ustąpiły, jednak ku mojemu zdziwieniu był to jakiś mężczyzna w garniturze z ponurym uśmiechem.

-Wino dla pana - na jego twarzy zawitał szczerszy uśmiech. Skinąłem i podziękowałem za napój.

 Jeszcze jej nie ma.

Postanowiłem, że w tym czasie, kiedy na nią czekam naleje do kieliszków wina. Kiedy przechyliłem butelkę, usłyszałem ponowne pukanie. Szybko napełniłem obydwa naczynia i ponownie pognałem do drzwi i wtedy zobaczyłem ją. Ubrana w czerwoną miniówkę, prezentowała swoje zgrabne nogi. Jej uśmiech wyglądał jakby wygrała na loterii milion dolarów. Pocałowałem ją na powitanie i nagle cały świat wokół nas zniknął. Złapałem ją za rękę i poprowadziłem w stronę dużego pomieszczenia. Nie chciałem dłużej czekać, najpierw się oświadczę. Pościłem jej dłoń na co odpowiedziała mi zdziwionym spojrzeniem, skinąłem uspokajająco. Głęboki wdech. Teraz albo nigdy.

- Kochanie, czy wyjdziesz za mnie? - uklęknąłem na jedno kolano w dłoniach trzymając pierścionek.

W jej oczach zauważyłem łzy, skinęła całą zapłakana. Założyłem na jej palec pierścionek, uśmiechałem się od ucha do ucha jak głupi. Przyciągnąłem ją do mocnego uścisku. Nie chciałem jej puścić, ale w końcu jest jeszcze kolacja. Chciałem uczcić nasze zaręczyny wznosząc toast. Podałem mojej ukochanej kieliszek.
- To za nas!

Poczułem mocny ból w klatce piersiowej, więcej nic nie pamiętam.

____________________________
Nareszcie jest! Kto się cieszy? Pewnie mnie nienawidzicie, ale choroba robi swoje...
Tak więc... komentujcie, a ja zabieram się za pisanie kolejnego rozdziału...

P.S. Obserwujcie konto ff na Twitterze - ask.fm/ashsdrumsticks
Zadawajcie pytania na ask'u - twitter.com/zmrokfanfic

poniedziałek, 1 września 2014

Rozdział 1

Zamieszałam łyżeczką cukier, po raz tysięczny w ciągu tej długiej chwili. Siedziałam w kuchni mojej ciotki w jej mieszkanku. Naprzeciwko mnie siedziała Santana ze spuszczoną głową opartą na rękach, nie miałam odwagi spojrzeć jej w twarz, po za tym i tak bym nie mogła, bo jej długie włosy spadały w dół zakrywając jej całą twarz. Od pół godziny, a dokładniej od 1853 sekund, nikt nie odważył się odezwać, ani ja, ani Santana, ani moja ciotka. Właściwie ona miała pójść do pracy, przecież obiecała mi, że będzie na pogrzebie. Nie wytrzymam już dłużej, nie będę dalej dusić swoich uczuć w sobie, to mnie rozsadzi, to mnie zabiję. Jestem na przegranej pozycji, nie mam siły iść dalej naprzód. To boli, to cholernie boli. Straciłam jedną z najważniejszych osób w moim życiu, jak mam nie cierpieć? Mam udać, że nic się nie stało i żyć jak wcześniej? To niemożliwe! NIEMOŻLIWE!
Wybuchłam niepohamowanym płaczem, a za mną Santana, czułyśmy to samo, to samo uczucie, to samo niszczące nas uczucie. Nasze serca roztrzaskały się na miliony drobnych kawałeczków. Chociaż je pozbieramy i posklejamy, ono nadam tam będzie w kawałkach, kruche, każde uderzanie może z powrotem je porozrzucać po całej ziemi, a wtedy my ich już nie znajdziemy.
Zaszklonymi oczami spojrzałam na zegar jest kilka minut przed dziesiątą, postanowiłyśmy, że pogrzeb odbędzie się po południu, nie chcieliśmy, żeby był to ranek. Ona uwielbiała ranki, więc nie chcieliśmy jej tego psuć. Zmęczona ostatnimi zdarzeniami udałam się do sypialni ciotki i weszłam pod kołdrę, teraz sen był jedynym sposobem by zapomnieć wszystko co teraz się dzieje. Mój świat zawirował, a ja straciłam grunt pod nogami, teraz nie mogę, nie potrafię się podnieć. To za ciężkie jak na taką dziewczynę jak ja. Pogrążyłam się w rozmyśleniach, a zmęczenie postanowiło to wykorzystać, wzięło górę.

- Uciekaj, uciekaj - moje nogi zastygły. Nie dam rady biec, nie teraz. - BIEGNIJ!
Obróciłam się w bok, nie to nie może być prawda, ona tam stała cała i żywa. Pobiegłam w jej kierunku przytulić ją. Gdy byłam już przy niej zobaczyłam coś, co zabijało mnie z każdą, nawet najmniejszą, chwilą. W kącikach jej oczu zaczęły pojawiać się łzy, patrzyła na mnie z taką troską. Jej warga zaczęła drgać. Pociągnęła nosem.
- Zmarnowałaś swoją szansę, nie pomogłaś mi, a ja ci zaufałam - powiedziała cicho.
CO?!
Nie mogłam krzyczeć, ból rozrywał moją klatkę piersiową, palił niemiłosiernie. Spojrzałam się w dół na chodnik, aby unormować swój oddech, który coraz bardziej stawał się nierówny. Gdy lekko to opanowałam, znowu spojrzałam w górę. Wyciągnęłam drżące ręce, chciałam, żeby je przyjęła. Ona musiała je przyjąć, MUSIAŁA!
- Dałaś się nabrać - z jej twarzy szybko znikły łzy, a na ich miejsce pojawił się chytry uśmiech.
Nie było widać nic po poprzedniej histerii, teraz wyglądała jakby ona miała nade mną przewagę i wtedy zrozumiałam - miała ją, za jej pleców wyłoniły się dwie ciemne postacie z nożami w rękach. Zaczęłam się lekko cofać. Moje serce podskoczyło do gardła, a dziewczyna zaczęła się przerażająco śmiać. Nie pomagała mi, nie chciała pomóc,chciała patrzeć jak cierpię. Ona najbliższa mi osoba, chciała widzieć mój lęk w oczach, chciała patrzeć jak inni mnie krzywdzą, chciała słuchać moich krzyków, chciała patrzeć jak umieram, chciała mnie upokorzyć. To nie mogło się zdarzyć, to nie prawda. Moje nogi odmawiały mi posłuszeństwa, ciemne postacie były coraz bliżej, zbliżały się powoli, lecz stawiały ogromne kroki. Nagle za nią pojawiła się jeszcze jedna postać, pociągnęła ją do tyłu. Nie mogłam ujrzeć jej twarzy, bo cień zasłaniał jej oczy, jedynie przydrożna lampa oświetliła jej okropny uśmiech. Napastnicy z nożami byli już na wyciągnięcie ręki, a ja nadal nie potrafiłam się ruszyć. To wszystko było straszne. Wiedziałam, że za chwilę umrę, bałam się jedynie o moją ciotkę, jak sobie poradzi? Jestem dla niej najważniejsza, a ona zaraz mnie starci. Kiedy między napastnikami dzieliły mnie dosłownie dwa metry, ktoś wyszedł przede mnie i zasłonił mnie swoim ciałem. Błyszczące w księżycu ostrze noże wbiły się w jego klatkę piersiową, a on upadł trzymając się za miejsce niedaleko serca, widać było, że nie może wytrzymać przez ból. Poczułam jakby to mnie ktoś dźgnął, ale to nie byłam ja. Uklękłam przy tej postaci i przytuliłam mocno, nie zważając na to, że teraz całe moje ubrania były we krwi. Nie przejmowałam się tym tak bardzo. W tym czasie napastnicy zniknęli, nie zauważyłam nawet kiedy.
- Uciekaj. - wyszeptał krwawiący chłopak, zanim zamknął oczy. Na zawsze.

Obudziłam się z krzykiem, to był tylko zły sen, tylko zły sen. Nie mogłam zaczerpnąć oddechu, moja klatka piersiowa dawała o sobie znać, boląc jak nigdy wcześniej. Musiałam wrócić do rzeczywistości, jest trudno, ale warto dla ludzi, którzy są przy nas. Oni martwią się o nas, wspierają w trudnych momentach, na przykład takich jak ta okropna rzeczywistość. Minęło sześć długich dni. Sześć trudnych dni. Sześć dni płaczu, smutku, żalu. Nic nie mogę zrobić, mimo moich chęci. Chcę coś zmienić, ale nie daję rady, to za ciężkie brzemię jak na taka nastolatkę, którą jestem ja. Trudne momenty przychodzą w trudnych chwilach. Powiedzenie "nieszczęścia chodzą parami" jest dla mnie jak najbardziej odpowiednie, tracę bliskie mi osoby jeden po drugim. Jak mam to wytrzymać, kiedy najbliższe mi osoby znikają tak szybko?

- Kochanie musisz się już przygotować - ciotka usiadła na brzegu łóżka, na którym zasnęłam, trzymała w dłoniach moje ubrania. Nie patrząc na nią wzięłam je i udałam się do łazienki. Muszę się przygotować, muszę zebrać w sobie wszystkie pozostałe resztki sił i jakoś to przeboleć. Spojrzałam w lusterko nad umywalką, byłam wrakiem człowieka, jego cieniem. Oczy miałam podkrążone, dookoła opuchnięte od płaczu, usta spierzchnięte. Nie obchodziło mnie to zbytnio, nie w takiej sytuacji, może tydzień temu jeszcze byłoby mi za siebie wstyd, ale teraz to już nie miało znaczenia. Przebrałam się, nie widziałam potrzeby nałożenia na siebie makijażu skoro i tak będę płakała, a on zmyje się i rozmaże po całej mojej twarzy. Bez sensu.

Na uroczystość pogrzebu zawiozła nas ciotka, która razem z nami pochłonięta była w zamyślaniach. Może również czuła ból jak my?

Stoją przy głębokim dole nie czułam już kompletnie nic. Ani smutku,ani żalu, ani poczucia winy. Nic. Postanowiłam, że spędzę ten czasu na całkowitym wyciszeniu, przeżyję to po swojemu. Przypominałam sobie po kolei każde wspomnienie z nią związane, to jak razem popchnęłyśmy kolegę do piaskownicy, który strasznie nas irytował, to jak uciekłyśmy z domu na jeden dzień, to jak podpadłyśmy w szkole za ściąganie na klasówce. Mimo wszystko co może się zdarzyć, ona zawsze będzie przy mnie.

Po pewnym czasie spojrzałam za siebie i ujrzałam kilka osób przyglądających się całej uroczystości z pobliskiego drzewa. Nie mogłam dostrzec ich twarzy, metry dzielące mnie z nimi robiły swoje. Postanowiłam się tym nie przejmować i skupić tylko na niej. To ostatnie chwile z nią spędzone. Przez cały czas moje oczy opuszczała masa łez. Myślę, że będę wysuszona na zawsze.

Przyszedł ten moment. Teraz mieli spuścić trumnę. Wybuchłam jeszcze większym płaczem niż wcześniej. Najbliższa mi osoba, która pomagała mi po wypadku rodziców, właśnie odchodziła. Nie mogę sobie z tym poradzić. Potrzebuję takiej osoby jak ona, która wniesie do mojego życia troszeczkę światła, a potem rozbłyśnie nim we mnie. Teraz mogłam zobaczyć tylko kawałek trumny, która na moich oczach szła w dół, a z nią moje serce, moja dusza. Ziemia zaczęła przykrywać moje plany, marzenia, nadzieje. Nie wytrzymam już więcej, nie dam rady. Muszę opuścić to miejsce. Poczułam na ramieniu czyjąś dłoń, to ciotka Harriet, teraz to ona będzie moim oparciem, ale oczywiście mam jeszcze Santanę, lecz ona cierpi podobnie. Ciotka pociągnęła mnie w stronę szarej furty. Miałam wyjść i chciałam o tym zapomnieć. Jeszcze raz spojrzałam na tabliczkę umieszczoną wokół kwiatów, sprawdzając czy to prawda. Tak to prawda. Niestety.

Abigail Monte


*

Siedziałam w kuchni ciotki czekając jak wróci z pracy. Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi, myśląc, że to ciotka już wróciła udałam się otworzyć jej drzwi. Zastanawiał mnie tylko fakt, że przecież to jej mieszkanie i ma do niego klucze, więc po co mnie fatyguje?
Otworzyłam drzwi i tam nikogo nie było. Zwróciłam swój wzrok w dół. Na wycieraczce coś leżało.

Czerwona róża. 


__________________

Dziękuje za wszystkie wyświetlenia i komentarze, to jest bardzo motywujące
Nie jestem dobra w tych notkach i nie chcę się rozpisywać, więc przejdę do spraw organizacyjnych

Jeśli chcecie możecie pisać swoje spostrzeżenia, emocje, co chcecie z hashtag'iem #Zmrok może więcej osób zauważy to ff
Jeśli macie jakieś pytania, może chcecie spoilery to tu macie mój ask http://ask.fm/ashsdrumsticks

P.S. Może ktoś chce prowadzić konto jakiegoś bohatera na Twitterze?





sobota, 9 sierpnia 2014

Prolog

- Patrz na te, są idealne -Abigail, moja przyjaciółka, od kilkunastu minut próbowała mnie przekonać do kupna nowych szpilek. Przecież ona wie, że ich nienawidzę, po co ma tracić swoją energie na przekonywanie mnie i tak jej się to nie uda, ale ona ma w sobie tyle energii, jak nikt inny i jej to nie przeszkadza. Może kiedyś się nią ze mną podzieli.
Przed nami był rozpostarty katalog naszego ulubionego sklepu. Pokręciłam przecząco głową, jednak dla niej nie miało to znaczenia,musiała mi wcisnąć te cholerne buty i koniec. Jest taka uparta, jak sobie coś postanowi, to nie ma odwrotu, nawet jakby musiała iść po trupach do celu. 
Wiedząc co się szykuję postanowiłam zamówić jeszcze jednego drinka. Podniosłam dwa palce ku górze i pstryknęłam w nie, by chwilę potem ujrzeć przystojnego kelnera z uśmiechem jak milion dolarów. Nazywa się chyba Jessie, ale nie dam sobie ręki uciąć. Pamiętam go z jednej imprezy zatańczyliśmy kilka dobrych kawałków, ale na tym będzie koniec, nie chcę wchodzić z nim w większe układy. Jednak muszę przyznać,że coś mi się w nim podoba, ale jeszcze nie wiem co. Może to ta burza fal nad jego wysokim czołem? A może jego niesamowity głos? A może uśmiech, który zwala wszystkie napotkane dziewczyny z nóg? Nie na mnie to nie działa.
- Co sobie życzysz kochana? - jego uśmiech.
- Poproszę kolejnego drinka - odpowiedziałam z udawanym uśmiechem. Działał mi na nerwy, bo za bardzo się do mnie przystawiał. Muszę to odnotować. 


*

- Jak tam w Nowym Jorku? - moja przyjaciółka, Santana, wyprowadziła się tam rok temu razem ze swoimi przyjaciółmi z roku. Lucy była na nią zła, że zostawiła nas same dla nowych przyjaciół i nie odzywała się do niej przez długi czas, jednak ja na to nie mogłam pozwolić, zaprosiłam obie panie na moje urodziny i pod koniec imprezy przytulały się po pijaku. Wyglądało to dziwnie, wręcz zachowywały się jak lesbijki, oczywiście nic nie mam do tych dziewczyn, ale Santana i Lucy nimi nie są i nią mają zamiaru być.
- Super! Wreszcie jestem spełniona, mogę robić to co chcę. Sam i Ginny są mili, więc nie mam problemu z lokatorami. A u Ciebie? - Santi, bo tak ją nazywam, chodzi do szkoły o charakterze artystycznym. Lubi śpiewać, tańczyć, rysować i grać na scenie, pomyłka, ona to uwielbia.
- Tęsknie za Tobą, może przyjedziesz odwiedzić twoją zapomnianą staruszkę? - to prawda tęskniłam, co prawda rozmawiamy codziennie minimum godzinę, ale to nie to samo, chciałabym z nią wyjść na zakupy, pogadać o chłopakach jak dawniej. Jest starsza i daje całkiem przydatne rady.
- Mam sporo pracy w tym tygodniu, ale zobaczę co mogę zrobić - mój uśmiech osiągnął wymiar maksymalny - jednak nie obiecuję, pamiętaj, że pani Cox jest straszną zołzą i zadaję nam tyle pracy na weekend'y jak nikt inny - zaśmiałam się.

*

- Nie ma mnie w mieszkaniu, przyjedź po klucze, podam Ci adres w SMS-ie - ciotka powiedziała to tak szybko, że ledwo ją zrozumiałam - Ale teraz muszę, muszę.... iść.
Rozłączyła się. Dziwne. Dawno się tak nie zachowywała, ostatni raz... po wypadku moich rodziców. na to wspomnienie łzy nabrały mi się do oczu. Miałam wtedy 12 lat, kiedy do mojego pokoju weszła zapłakana ciotka Harriet z rozmazanym makijażem po całej twarzy, przytuliła mnie i oznajmiła, że moi rodzice mieli wypadek i go nie przeżyli. Załamałam się, dlatego ciotka zapisała mnie do psychologa, tam nauczyli mnie jak radzić sobie z własnymi problemami. Teraz często rozwiązuję zmartwienia swoich przyjaciół. Nie przeszkadza mi to, wręcz przeciwnie miło jest mieć świadomość, że dzięki tobie na czyjejś twarzy pojawia się uśmiech. Wtedy również przeprowadziliśmy się do Kalifornii. 
Pobiegłam na przystanek autobusowy, z skąd na parę minut odjeżdżał autobus na wskazane przez ciotkę miejsce. W środku pojazdu było ciasno i o mały włos jakiś dorodny mężczyzna mnie nie przygniótł swoim masywnym ciałem. Wygląda na to, że będę miała fajny przejazd. Aby skrócić sobie czas, patrzyłam na twarze ludzi gnieżdżących się tutaj wraz ze mną . Dziewczyna w kucyku, koleś z tatuażem na karku, starsza pani z siwimy włosami, chłopak z farbowaną fryzurą, dziewczyna w krótko ściętych blond włosach i mocnym makijażem, ulizany dwudziestolatek, nastolatek w klubowym stroju. Nikt ciekawy.
Wreszcie kierowca otworzył drzwi i mogłam spokojnie wysiąść z tego autobusu, przynajmniej tak na początku myślałam, bo chwilę potem jakaś grupka ludzi staranowała mnie idąc w przeciwnym kierunku niż ja. Było już ciemno dawno zapadł zmrok, musiałam sobie poradzić w drodze tylko starymi latrami, które miły oświecać to przerażające miejsce. Skręciłam w uliczkę, która prowadziła na skróty do miejsca, w którym miałam spotkać się z ciotką. Dziwne miejsce wybrała, najbrudniejsze w całym mieście. Nigdy tego nie zrozumiem, dlaczego akurat tutaj jest, a nie na posterunku, gdzie zwykle wykonuje swoje obowiązki. Tak, ona jest kimś w rodzaju policjantki, ale nie całkowicie.
Zbliżałam się wielkimi krokami do ciotki i wtedy usłyszałam wycie policyjnych syren. Doszłam pod wielki opustoszały plac i ujrzałam kilkunastu policjantów na terenie wyznaczonym przez taśmy, coś tu się stało.
- Gdzie mogę szukać Harriet Jonson? To moja ciotka i kazała mi przyjechać tu po klucze - podeszłam do jednego mężczyzny w mundurze.
Przeskanował mnie dokładnie wzrokiem i wskazał w kierunku, gdzie już ją zauważyłam.
- Dzięki - rzuciłam szybko i pomaszerowałam szybkim krokiem w kierunku szarego bloku, jednak coś zwróciła moją uwagę. Czarny worek wyrósł mi pod nogami. Spojrzałam w bok, zanim zorientowałam się co to może być.
O cholera. 

________________________________________________________

Jeśli to czytasz to wiedz, że Cię kocham, miło mi, że ktoś zechciał to przeczytać...
To jest prolog, mam nadzieję, że Wam się spodoba.
Liczę na komentarz, jeśli nie chcesz tutaj, możesz napisać to na TT dodając link do tego ff albo #Zmrok
Rozdział 1 dodam 1 września, a do tego czasu chcę zdobyć trochę czytelników xx